sobota, 29 maja 2010
Spaghetti always & foreva'
Można uznać to za komentarz do niegdysiejszego wpisu Najlona (na jego blogu).
Bardzo ciekawy home-made teledysk, nadzwyczaj świetnie pasuje tutaj epickość i hymniczność Arcade Fire.
Którzy mają przed sobą już niedługo, po gdzieś w wakacje "test trzeciej płyty". Moim skromnym zdaniem jeśli taki zespół zachwycił świat "Funeral-em", to druga płyta jeszcze może być jakimś rozwinięciem debiutu, ale teraz, jeśli naprawdę chcą być wielcy, to muszą zmienić świat i nagrać następną wielką płytę. Inaczej znów będzie rozczarowanie i nie tylko moje, ale innych fanów Arcade Fire. A że są nimi m.in U2, David Bowie, David Byrne, Chris Martin, to w sierpniu na pewno będziemy mieli do czynienia z najgłośniejszą premierą tego roku.
niedziela, 25 kwietnia 2010
Trzy szybkie indie single, pażałasta, czyli kawałki, które nie zmienią świata
Phoenix - Lisztomania
Tak w ogóle to tego miało tu nie być. Zdaję sobie sprawę, że lekko faworyzuję tutaj Phoenix, ale wydało mi się nie fair nie zamieszczać singla, którego od piątku słucham cały czas. Nie mam więc olśniewającej formy opisania tego kawałka, podobno tytułowy Liszt to "jakiś" wybitny artysta. Ciekawe może być także to, że taki fajny bardzo śpiewny akcent wokalista zawdzięcza temu, że zespół pochodzi z Francji. A największa moc narasta gdzieś w 2:40 min zaskakująco fajnego (nieoficjalnego) teledysku. Czy można jakoś wyrafinowanie opisywać indie gitarowe single? :)
Phoenix - 1901
Dla tego właśnie singla chciałem napisać tego posta. Aby pokazać, co się dzieje z rytmem w pierwszych 30 sekundach. Ja rozkminiłem to dopiero niedawno, po jakiś kilku (dziesięciu?) odsłuchach. Jeszcze cwany teledysk do tego. I dlatego warto słuchać alternatywnych zespołów indie, dla takich pomysłów. Rzekłem.
Modest Mouse - Dashboard
Tak, wiem doskonale, że to ta piosenka z TVN-u i ogólnie komercha, że szok. Ale:
1.To Modest Mouse, alternativ jednak, a nie coś jakieś tam. Dojrzewam do stwierdzenia, że ich "The Moon and Antarctica" to jedna z najlepszych płyt dekady.
2. Na gitarze gra i wymyślił riff Johnny Marr. Ten Johnny Marr. Ten sam, który wraz z Morisseyem dzielił rządził ongiś w The Smiths. Więc proszę już nie marudzić, że ściągnąłem to TVN-u ;p
3. Linia melodyczna jest niesamowita. Przypomina jakąś parabolę (sinusoidę?), wznosi się i opada bez chwili wytchnienia czy jakieś przerwy czy pauzy. Cały czas wręcz mknie do przodu i nie zatrzymuje się nawet na moment.
4. Znów podoba mi się akcent wokalu, tym razem hamerykański. To mamrotanie idealnie pasuje do wyżej opisanej sinusoidy ;)
5. Rytm. Tak wspaniały, że pląsały do niego nie mniej wspaniałe gwiazdy TVN-u. Nawet Piróg (ten, nad którym się zastanawiano w Bytomiu ;) ).
6. I tak na pewno do ramówki wybrał im to Piotr Metz ;)
Muchy - Państwa Miasta

Niestety, Wielka Tuba nie dysponuje tym kawałkiem w miarę dobrej jakości. A warto, bo "Państwa Miasta" to na pewno czołówka dokonań Much, jeden z najlepszych polskich singli ostatniej dekady. Wielki szacun dla "trójkowych dzieciaków". Perkusja perfekcyjnie nadaje rytm, świetne zgranie gitarzystów, TO wejście w refren, rozwalili. I nawet sympatyczny tekst, nie powiem. Mam nadzieję, że zabrzmi dzisiaj w Carpe Diem (a tak, wybieram się na gig-a, relacja może nawet będzie razem z recką płyty nowej).
Tak w ogóle to tego miało tu nie być. Zdaję sobie sprawę, że lekko faworyzuję tutaj Phoenix, ale wydało mi się nie fair nie zamieszczać singla, którego od piątku słucham cały czas. Nie mam więc olśniewającej formy opisania tego kawałka, podobno tytułowy Liszt to "jakiś" wybitny artysta. Ciekawe może być także to, że taki fajny bardzo śpiewny akcent wokalista zawdzięcza temu, że zespół pochodzi z Francji. A największa moc narasta gdzieś w 2:40 min zaskakująco fajnego (nieoficjalnego) teledysku. Czy można jakoś wyrafinowanie opisywać indie gitarowe single? :)
Phoenix - 1901
Dla tego właśnie singla chciałem napisać tego posta. Aby pokazać, co się dzieje z rytmem w pierwszych 30 sekundach. Ja rozkminiłem to dopiero niedawno, po jakiś kilku (dziesięciu?) odsłuchach. Jeszcze cwany teledysk do tego. I dlatego warto słuchać alternatywnych zespołów indie, dla takich pomysłów. Rzekłem.
Modest Mouse - Dashboard
Tak, wiem doskonale, że to ta piosenka z TVN-u i ogólnie komercha, że szok. Ale:
1.To Modest Mouse, alternativ jednak, a nie coś jakieś tam. Dojrzewam do stwierdzenia, że ich "The Moon and Antarctica" to jedna z najlepszych płyt dekady.
2. Na gitarze gra i wymyślił riff Johnny Marr. Ten Johnny Marr. Ten sam, który wraz z Morisseyem dzielił rządził ongiś w The Smiths. Więc proszę już nie marudzić, że ściągnąłem to TVN-u ;p
3. Linia melodyczna jest niesamowita. Przypomina jakąś parabolę (sinusoidę?), wznosi się i opada bez chwili wytchnienia czy jakieś przerwy czy pauzy. Cały czas wręcz mknie do przodu i nie zatrzymuje się nawet na moment.
4. Znów podoba mi się akcent wokalu, tym razem hamerykański. To mamrotanie idealnie pasuje do wyżej opisanej sinusoidy ;)
5. Rytm. Tak wspaniały, że pląsały do niego nie mniej wspaniałe gwiazdy TVN-u. Nawet Piróg (ten, nad którym się zastanawiano w Bytomiu ;) ).
6. I tak na pewno do ramówki wybrał im to Piotr Metz ;)
Muchy - Państwa Miasta
Niestety, Wielka Tuba nie dysponuje tym kawałkiem w miarę dobrej jakości. A warto, bo "Państwa Miasta" to na pewno czołówka dokonań Much, jeden z najlepszych polskich singli ostatniej dekady. Wielki szacun dla "trójkowych dzieciaków". Perkusja perfekcyjnie nadaje rytm, świetne zgranie gitarzystów, TO wejście w refren, rozwalili. I nawet sympatyczny tekst, nie powiem. Mam nadzieję, że zabrzmi dzisiaj w Carpe Diem (a tak, wybieram się na gig-a, relacja może nawet będzie razem z recką płyty nowej).
sobota, 10 kwietnia 2010
Kocham Chan Marshall
Kocham Cat Power
Ok, wiem, że niedawno zachwycałem się Alison Mosshart, ale:
po pierwsze : ona cały czas o niczym nie wie, więc ją nie krzywdzę tym stwierdzeniem i na pewno nie jest zazdrosna.
po drugie : to przecież wokalistka z USA, wszystko mi wolno! :)
po trzecie : jest to na pewno innego rodzaju uwielbienie. Nie oparte wyłącznie na bardziej gwałtownej fascynacji. To jest bardziej głębsze. P. Chan, śpiewając, a raczej szepcząc swoim cholernie charakterystycznym niskim głosem uświadamia mi jak bardzo człowiek może być samotny. Pisałem już o tym przy "Good woman", ale brutalnie obnaża wszystkie głębsze uczucia. Nie pomylicie jej głosu z żadnym innym, od razu słysząc te smętne akordy na fortepianie wiadomo, że to właśnie ona.
Spójrzcie tylko na wideo, live od BBC. Jest niesamowicie... zwyczajna. Po prostu coś opowiada, jakąś historię. Nigdy nie pojmę chyba w jaki sposób wydaje dźwięki tym obłędnie seksownym niskim głosem. Nie patrzy się prosto w kamerę, ucieka zawsze wzrokiem, jakby się wstydząc? Takie pół-gesty jak potupywanie nogą, ręce w górze na pierwszym "greatest". Niesamowita jest, potrafi z łatwością zwrócić na siebie uwagę, chociaż nie tańczy, nie krzyczy ani nie miota się po scenie. Istnieje obawa, że gdyby nie mikrofon założony na statywie, to zaraz ułożyła by się w pozycji embrionalnej gdzieś pod perkusją, aby cicho poszlochać, czy coś.
Nie wiem co jest w lyricsach, nie chcę wiedzieć, nie widzę najmniejszej potrzeby. Myślę, że smutek kobiety jest wystarczający. Jakieś rozczarowanie, zrezygnowanie, bezsiła.
Wspaniała jest.
(seria westchnień)
sobota, 20 marca 2010
Sffffita$na skłonność, czyli odlatujemy na pogłosie (gitarowym)
The Edge byłby z nich dumny.
Piosenkę grupy The Temper Trap perfekcyjnie zaczyna motyw gitarowy z efektem, a raczej delay-em (pogłosem) wprost wyyjętym z I Still haven't found what I'm looking for U2 oczywiście. Czy to źle? Nieeeee, przecież wzorują się na legendach, a wszyscy zgapiają z Bitelsów ;D Przestrzeń pokazali tu naprawdę wzorcowo, "All that you can't leave behind" się kłania. Jednak ciekawe są bardzo próby zatuszowania owej "inspiracji" Irlandczykami.
Otóż wchodzi bardzo wysoki głosik wokalisty, podchodzący wręcz pod falset C. Martina, oczywiście niesamowicie odległy od Bonowego zaangażowanego wrzasku z lat fascynacji USA. Dalej bardzo fajna perkusja, też zawierająca w sobie czynnik "przestrzenności" (nie wiem jak nazwać różne kanały bębnów w słuchawkach). Przypominające zwolniony rytm z "Clocks" Zimnograjków.
Tyle czepiania się. Bo wyszło naprawdę fajnie. Szczególnie "jest moc" gdy wchodzi refren. Machanie rozłożonymi rękami i zadzieranie głowy do góry (w czasie "doznawania" przeze mnie muzyki) nagle przerwane zostaje zmianą rytmu na szybszy i korzystający z talerzy. Wszystko powstaje w odpowiednich proporcjach, pozwala nam tylko odpowiednio wzbić się, oderwać wręcz dosłownie w przestworza (a co!). Na ziemi trzyma nas świetny, mięsisty bas, szczególnie zajebiszczo wjeżdżający do refrenu.
Aby docenić ten kawałek trzeba oglądnąć jednak "500 days of Summer" (polski, nie-tak-świetny tytuł „500 dni miłości”). Jest ten song poruszany w scenie, gdy zakochany bohater przemierza ze swą lubą San Francisco i pokazuje jej inną, niezauważalną twarz miasta ukrytą w achitekturze. To te klimaty; marzycielskość, zapomnienie się, beztroska typowa dla zakochania. Jakby idelany soundtarck do wszystkich okropnie naiwnych i banalnych wynurzeń romantyków (szczęśliwych!) "Zakochani widzą słonie: ;p To chyba tytuł jakiegoś filmu; nie wiem dokładnie, skojarzył mi się podobny poziom abstrakcji."Sweet desposition" też jest przepustką do klimatu nieosiągalne bez odpowiedniej ilości endorfiny we krwi, nieskrępowanego, bezczelnego optymizmu w klatce piersiowej.
Piosenkę grupy The Temper Trap perfekcyjnie zaczyna motyw gitarowy z efektem, a raczej delay-em (pogłosem) wprost wyyjętym z I Still haven't found what I'm looking for U2 oczywiście. Czy to źle? Nieeeee, przecież wzorują się na legendach, a wszyscy zgapiają z Bitelsów ;D Przestrzeń pokazali tu naprawdę wzorcowo, "All that you can't leave behind" się kłania. Jednak ciekawe są bardzo próby zatuszowania owej "inspiracji" Irlandczykami.
Otóż wchodzi bardzo wysoki głosik wokalisty, podchodzący wręcz pod falset C. Martina, oczywiście niesamowicie odległy od Bonowego zaangażowanego wrzasku z lat fascynacji USA. Dalej bardzo fajna perkusja, też zawierająca w sobie czynnik "przestrzenności" (nie wiem jak nazwać różne kanały bębnów w słuchawkach). Przypominające zwolniony rytm z "Clocks" Zimnograjków.
Tyle czepiania się. Bo wyszło naprawdę fajnie. Szczególnie "jest moc" gdy wchodzi refren. Machanie rozłożonymi rękami i zadzieranie głowy do góry (w czasie "doznawania" przeze mnie muzyki) nagle przerwane zostaje zmianą rytmu na szybszy i korzystający z talerzy. Wszystko powstaje w odpowiednich proporcjach, pozwala nam tylko odpowiednio wzbić się, oderwać wręcz dosłownie w przestworza (a co!). Na ziemi trzyma nas świetny, mięsisty bas, szczególnie zajebiszczo wjeżdżający do refrenu.
Aby docenić ten kawałek trzeba oglądnąć jednak "500 days of Summer" (polski, nie-tak-świetny tytuł „500 dni miłości”). Jest ten song poruszany w scenie, gdy zakochany bohater przemierza ze swą lubą San Francisco i pokazuje jej inną, niezauważalną twarz miasta ukrytą w achitekturze. To te klimaty; marzycielskość, zapomnienie się, beztroska typowa dla zakochania. Jakby idelany soundtarck do wszystkich okropnie naiwnych i banalnych wynurzeń romantyków (szczęśliwych!) "Zakochani widzą słonie: ;p To chyba tytuł jakiegoś filmu; nie wiem dokładnie, skojarzył mi się podobny poziom abstrakcji."Sweet desposition" też jest przepustką do klimatu nieosiągalne bez odpowiedniej ilości endorfiny we krwi, nieskrępowanego, bezczelnego optymizmu w klatce piersiowej.
piątek, 12 marca 2010
Welcome To The World Of The Plastic Beach
Nareszcie mam!! Nową płytę Gorillaz :D Innymi słowy nareszcie nowy longplay Damona Albarna. Musi być bosko. Tym bardziej, że już teraz zachwycam i jaram się kilkoma utworami. Na recenzje i dokładniejszy opis przyjdzie jeszcze czas, ale to zbyt wielkie święto, żeby nie uczcić tego jakimkolwiek wpisem.
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
Chronologicznie na początku Broken, który poznałem z dema, wypuszczonego przed właściwą premierą płyty/kampanii z tym związanej. Syntezatorowo-hammondowa ballada z charakterystycznym niechciejstwem Albarna w w zwrotce.
Trochę się rozczarowałem, że album ver. nie różni się bardzo od dema, ale teraz widzę, że piosenka zyskała na lekkości. W refrenie mamy przyjemną zagrywkę klawiszową z dużym udziałem chórków wokalisty (tzn. bardziej - podwójna ścieżka wokalna). W mostku, w wyższym dźwięku "there's nothing..." zawiera się czyste muzyczne piękno znane np. z "Demon Days". Cała atmosfera, klimat jest budowany wokół tego momentu. Refren, chociaż szybszy i mający inne, mniej balladowe założenie nie psuje całości i jakiejś intymności kompozycji, która została zachowana mimo dużego wkładu elektroniki. Tekstowo także odjazd, Albarn podejmuje się bowiem określenia dokładnie, wręcz geograficznie miejsca gdzie odpływają wszyscy "broken-hearted-people". Zapowiedź jakiejś wspaniałej historii.
Stylo, czyli pierwszy singiel. Świetny basowy (?) riff przewijający się przez te wszystkie motywy z których składa się piosenka. Rapujący Mos Def do złudzenia przypomina głosowo Damona, co jest oczywiście tylko komplementem. Nie jest to typowy hicior, jak np. "Feel Good Inc." czy "Dare", co może świadczyć o tym, że Gorillaz stało się dla Albarna poważniejszym projektem, a nie tylko zabawową odskocznią od Blur (które jest niestety zawieszone). Świetny jest też absolutnie potężny zaśpiew Bobby-ego Wonacka.
Jak wiadomo, Gorillaz to zespół, na którego teledyski także czeka się z niecierpliwością. Tym razem wybrali bardziej klasyczna stylistykę, używając grafiki 3D w połączeniu z "normalnym", żywym obrazem i zatrudnili samego Bruce'a Willisa. Świetny pościg, jak zwykle pełny humoru i charyzmy panów frontmanów - Murdoca i 2D. Po prostu : odjazd. Dosłownie i w przenośni.
Rhinestone Eyes
Zaczyna się delikatnie, prosty raczej bit i delikatna gitarka. Tylko aby zaraz włączył się rap Damona. I jak to się mówi "pozamiatane". To właśnie dlatego tak bardzo czeka się na nowe rzeczy tych Wielkich - potrafią w 5 sekund zmiażdżyć samą charyzmą lub unikalnym, niepowtarzalnym głosem. Udręczony wokal, wyciągane górki z heroizmem godnym Arrasa to jedno, a taki rap to drugie. Sama muzyka tez jest świetna - wystarczy dodac do niej syntezatorowo - dęciakowy motyw, aby pookazać moc ukrytą w tym utworze. Swoją drogą, przypomina on w pewnym momencie "Thriller-a" śp. Wiadomo-Kogo i jest to ciekawy też temat, co Murdoc (fikcyjny frontman Gorillaz, wiecznie zapijaczony i wygłaszający stale obelgi kontrowersyjne opinie) sądzi o śmierci Jacko; czy tez za nim płakał? ;p
Krótko - wszystko opiera się bezczelnie na natchnionym rapie Damona Albarna, którego to głos i charyzmę podziwiam okropnie. !:10 min. Delikatne murmurando i wejście w tekst w niesamowitą, pełną mocą. Mnie tam miażdży.
PS. Jest to stan podjarki nowymi Gorylami zanotowany w niedzielę ostatnią. Teraz musiałbym wymyślić takie pochwały dla tak gdzieś połowy albumu. Damon Albarn znów pokazuje że jest mistrzem muzycznego pop-artu (tzn. wg. mojego pojęcia tego terminu).
wtorek, 16 lutego 2010
Powrót Smętnego Damona czyli muzak na smętne wieczory
Szczerze mówiąc, miałem skończyć dzisiaj pisanie długasniego tekstu o NO!NO!NO! ale naszedł, a raczej napadl mnie dość specyficzny nastrój wieczornego nicniechcenia. Udało mi się skompletować coś w rodzaju idealnej setlisty na tą okazję. Pewnie nie mnie jednego to dopada, a powinienem coś dzisiaj napisać więc taadaaaa:
1. Saturday Comes Slow
Zjawił się nagle.
Słuchałem "jednym uchem" Myśliwieckiej 3/5/7 przysłuchując się nieokreślonemu minimalistycznemu bitowi z ledwo-co-wydającym-z-siebie wokalem. Po chwili zrozumiałem, że tylko jedna osoba na świecie może tak smęcić. Albarn oczywiście. Damon. Wielki Popowy Wodzirej w Gorillaz i niedawny wskrzesiciel brit popu we własnej osobie. Chociaż to tylko featuring dla Massive Attack, to zachwycające jest jak łatwo zdołał odcisnąć swoje piętno i charakter na tym songu.
Wspomniany już bit, oszczędna charakterystycznie gitarka akustyczna , delikatny tylko bas zaznaczający zmianę akordu. I ten refren oczywiście na wyższych dźwiękach. "Do you leve me?" Dalej wspaniale rozwijająca się perkusja pełniąca nawet rolę werbla. I skaczące klaswisze fortepianu obojętne na rozpaczliwe wyznania Albarna. Tło muzyczne podręcznikowo olewa wręcz jego emocje i tworzy galopujące (?) krajobrazy. A w centrum jak zwykle samotny Damon czyniący ostatni, heroiczny wręcz wysiłek przekazania światu swych smutków.
Ja mogę słuchać go non stop, mnie też odpręża. Odruchowo wręcz nakazuje mi mieć wszystko gdzieś, pozwala na monotonię, nic nie robienie i stan wiecznej nostalgii.
2. Cortez, the Killer ( Dave Matthews Band & Warren Haynes @ Central Park)
Wspaniałe gitarowe granie. Prawie instrumentalne. Tak po prostu dwóch gości (z bandem) gra klasyka Neila Younga. Jak dla mnie, mogliby to grać w nieskończoność. Żadnych zbędnych efektów, popisywania się, solówek z kosmosu. Czasem słychać zachrypnięty wokal Dave-a, ale generalnie pozostaje w cieniu gitary. Zdumiewa wręcz jak wspaniale Warren Haynes gra... cały czas coś innego, żadnych powtórzeń, monotonnego riffu. Od spokojnej partii akustyka, do szaleństwa w 7 minucie, gdzie gra po dwie struny na najwyższych progach do improwizowanego (to słychać) zakończenia przypominającego o głównej melodii.
Wspaniałe, muzak idealny, gdyby nie moje niezdrowe żądze scrooblowania czegoś na laście, leciałoby cały czas ;p Wspaniałe, niech trwa.
3. Angeline (oryginał, PJ Harvey oczywiście )
Idealny rytm. Tyle ja mogę tylko powiedzieć z technicznego, suchego opisu, ale zacytuję mojego kuzyna:
Cat Power - Good Woman
Taki bonus track. Na własną odpowiedzialność.
Według niepisanej zasady bowiem w takie wieczory jak te, nie powinno się generować jakiś głębszych uczuć. Mistrzem jest w tym wspomniany Albarn. Zdradzę wam, że jego moc polega właśnie na tym, że człowiek zapomina o uczuciach, które są nie takie(jakie powinny być)/przesadzoneza mocne - które powodują ten cały wieczorny stan. Ale pojakiś 10 repeatach wyżej wymienionych utworów i znieczulicy już, gdybyście chcieli wtedy przypomnieć o tym, że jednak możecie tak boleśnie mocno czuć te wszystkie uzucia - włączcie "Good Woman". Osobiście tego nie polecam, szczerze mówiąc, bo jak wiadomo "love is blindness" itd. itp. Nie moja wina, że ta piosenka jest tak... genialna, niesamowita. Czyste, niewyobrażalne piękno. Trzeba mieć wielką charyzmę, żeby zaśpiewać coś tylko z samą gitarą. Tu gra tylko pna najprostsze akordy, głos pani Chan Marshall wystaracza w zupełnoście.
Przywołuje emocje - daje też nadzieję chyba. Prawdziwa sielanka, błogość. Z jakimś drugim dnem (tekstem o odejściu. zbyt prostym, zdecydowanie zbyt prostym i za bardzo wstrząsającym tą bezpośredniością). To wygląda jak Jej spowiedź, proźba o przebaczene.
Nadzieja pozostaje jednak najgorszym z uczuć mogących na nawiedzić.
W jakiś sposób nienawidzę tej piosenki, bo nie pozwala i wrócic do Damona i innych uczuciowych painkillersów. Coś jak sól na otwartą ranę, ju noł aj miin. Nie pozwala za nic być znów obojętnym.
To źle
(a Ona jest po prostu piękna ;p)
1. Saturday Comes Slow
Zjawił się nagle.
Słuchałem "jednym uchem" Myśliwieckiej 3/5/7 przysłuchując się nieokreślonemu minimalistycznemu bitowi z ledwo-co-wydającym-z-siebie wokalem. Po chwili zrozumiałem, że tylko jedna osoba na świecie może tak smęcić. Albarn oczywiście. Damon. Wielki Popowy Wodzirej w Gorillaz i niedawny wskrzesiciel brit popu we własnej osobie. Chociaż to tylko featuring dla Massive Attack, to zachwycające jest jak łatwo zdołał odcisnąć swoje piętno i charakter na tym songu.
Wspomniany już bit, oszczędna charakterystycznie gitarka akustyczna , delikatny tylko bas zaznaczający zmianę akordu. I ten refren oczywiście na wyższych dźwiękach. "Do you leve me?" Dalej wspaniale rozwijająca się perkusja pełniąca nawet rolę werbla. I skaczące klaswisze fortepianu obojętne na rozpaczliwe wyznania Albarna. Tło muzyczne podręcznikowo olewa wręcz jego emocje i tworzy galopujące (?) krajobrazy. A w centrum jak zwykle samotny Damon czyniący ostatni, heroiczny wręcz wysiłek przekazania światu swych smutków.
Ja mogę słuchać go non stop, mnie też odpręża. Odruchowo wręcz nakazuje mi mieć wszystko gdzieś, pozwala na monotonię, nic nie robienie i stan wiecznej nostalgii.
2. Cortez, the Killer ( Dave Matthews Band & Warren Haynes @ Central Park)
Wspaniałe gitarowe granie. Prawie instrumentalne. Tak po prostu dwóch gości (z bandem) gra klasyka Neila Younga. Jak dla mnie, mogliby to grać w nieskończoność. Żadnych zbędnych efektów, popisywania się, solówek z kosmosu. Czasem słychać zachrypnięty wokal Dave-a, ale generalnie pozostaje w cieniu gitary. Zdumiewa wręcz jak wspaniale Warren Haynes gra... cały czas coś innego, żadnych powtórzeń, monotonnego riffu. Od spokojnej partii akustyka, do szaleństwa w 7 minucie, gdzie gra po dwie struny na najwyższych progach do improwizowanego (to słychać) zakończenia przypominającego o głównej melodii.
Wspaniałe, muzak idealny, gdyby nie moje niezdrowe żądze scrooblowania czegoś na laście, leciałoby cały czas ;p Wspaniałe, niech trwa.
3. Angeline (oryginał, PJ Harvey oczywiście )
Idealny rytm. Tyle ja mogę tylko powiedzieć z technicznego, suchego opisu, ale zacytuję mojego kuzyna:
no to najlepszy minimalistyczny odjazd everNie biorę odpowiedzialności za video, chciałem pokazać po prostu wersję studyjną z charakterystycznym, nachalnym brzmieniem basu.
Cat Power - Good Woman
Taki bonus track. Na własną odpowiedzialność.
Według niepisanej zasady bowiem w takie wieczory jak te, nie powinno się generować jakiś głębszych uczuć. Mistrzem jest w tym wspomniany Albarn. Zdradzę wam, że jego moc polega właśnie na tym, że człowiek zapomina o uczuciach, które są nie takie(jakie powinny być)/przesadzoneza mocne - które powodują ten cały wieczorny stan. Ale pojakiś 10 repeatach wyżej wymienionych utworów i znieczulicy już, gdybyście chcieli wtedy przypomnieć o tym, że jednak możecie tak boleśnie mocno czuć te wszystkie uzucia - włączcie "Good Woman". Osobiście tego nie polecam, szczerze mówiąc, bo jak wiadomo "love is blindness" itd. itp. Nie moja wina, że ta piosenka jest tak... genialna, niesamowita. Czyste, niewyobrażalne piękno. Trzeba mieć wielką charyzmę, żeby zaśpiewać coś tylko z samą gitarą. Tu gra tylko pna najprostsze akordy, głos pani Chan Marshall wystaracza w zupełnoście.
Przywołuje emocje - daje też nadzieję chyba. Prawdziwa sielanka, błogość. Z jakimś drugim dnem (tekstem o odejściu. zbyt prostym, zdecydowanie zbyt prostym i za bardzo wstrząsającym tą bezpośredniością). To wygląda jak Jej spowiedź, proźba o przebaczene.
Nadzieja pozostaje jednak najgorszym z uczuć mogących na nawiedzić.
W jakiś sposób nienawidzę tej piosenki, bo nie pozwala i wrócic do Damona i innych uczuciowych painkillersów. Coś jak sól na otwartą ranę, ju noł aj miin. Nie pozwala za nic być znów obojętnym.
To źle
(a Ona jest po prostu piękna ;p)